Adasiu.
Czytałem z wielką ciekawością. To, co opisujesz, jest dla mnie egzotyką podwójną: nie byłem w Alpach, i nie znam technik wysokogórskich. W wielu miejscach domyślam się tylko o czym piszesz, na przykład tutaj:
"złączeni lotną zjeżdżamy na tyłkach w dół"
Złączeni lotną, to chyba połączenie się wszystkich liną, która nie jest nigdzie zakotwiczona, czy tak? Czyli gdy jeden będzie się staczał, reszta albo go utrzyma, albo stoczy się z nim? No a jak z tymi tyłkami? Faktycznie ślizgaliście się na dup... to znaczy na tyłkach? Bo jakoś trudno mi to sobie wyobrazić w tych górach.. Jak to było, Adamie?
Wasze ustalenia gdzie kto ma skakać chyba zrozumiałem. Chodziło o to, że gdy np. idący po lewej stronie grani spadnie, to wtedy idący po prawej musi skoczyć na swoją stronę, aby swoim ciężarem utrzymać tamtego. Tak to jest? Tak pomyślałem przypomniwszy sobie podobną sytuację z książki Stanisława Lema, bo ja, mól książkowy, często mam tego rodzaju skojarzenia.
Czytałem myślać o sobie, czy zdecydowałbym się na taką wyprawę, to znaczy z tak dużym (dla mnie) stopniem ryzyka. I nie wiem. Chyba jednak nie, dla mnie to za trudne.
Na końcu tekstu jest skrót cdn, którym narobiłeś mi apetytu. Będzie ciąg dalszy?