W zeszłym roku w maju pojechałem z synem w miejsce, gdzie piękne góry spotykają się z morzem za pośrednictwem malowniczych fiordów. Znaleźliśmy się w miejscu tak wyjątkowym, że poczuliśmy się częścią otaczającej nas przyrody. Wyprawa była krótka ale nie zapomniana.
Zaczęliśmy ją od wylądowania w Bergen. Najprościej i stosunkowo tanio można się tam dostać lecąc samolotem z przesiadką w Londynie, można też przez Kopenhagę lecz ta droga wychodzi drożej. Na miejscu można wynająć auto, szczególnie przydatne, jeżeli chcemy zwiedzać fiordy. Jadąc mija się malownicze miejscowości pełne ładnych drewnianych domów otoczonych bogatą zielenią. Miasteczka usytuowane nad brzegami fiordów, przez które miałem przyjemność przejeżdżać lub do których przypływałem promem, są zakleszczone między mieniącą się lazurową barwą a niemal pionowymi zboczami gór. Przypominają one okruch tkwiący w uścisku gigantycznej dłoni.
Przemierzając krainę fiordów, jak nazywana jest zachodnia Norwegia, gdzie są one najokazalsze, poruszałem się drogami, które prowadzą wzdłuż brzegów tych głęboko wcinających się w ląd zatok. Od czasu do czasu trasa przedzierała się przez góry, aby doprowadzić mnie do kolejnego fiordu. Gdy dotarłem do Hellesylt czekała mnie dłuższa niż zwykle przeprawa promowa do Geiranger, która zapowiadała się bardzo ciekawie. Rejs po esowatym Geirangerfiordzie to prawdziwa podróż do krainy wodospadów. Właściwie co kawałek podziwiałem ich warkocze spływające z poszarpanych ścian skalnych. Zaskakujące dla mnie były stare farmy przycupnięte na zboczach gór. Widok chatek robił niesamowite wrażenie i aż ogarniało mnie zdziwienie, że jeszcze nie pospadały. Podczas rejsu są one doskonale widoczne.
Na noc bez większego problemu można zatrzymać się w przydrożnych motelach, gdzie czekają regionalne potrawy. Dużym ułatwieniem w podróży jest fakt, że z większością Norwegów można się swobodnie komunikować po angielsku.
Górzysty charakter Norwegii nie ułatwia budowania dróg. Czasami sposób, w jaki są one poprowadzone przypomina wydzieranie naturze siłą każdego skrawka terenu, aby wcisnąć tam jakimś cudem drogę. Wielokrotnie trasa wiodła przez tunele wydrążone w skale, przebijając góry na wylot niczym precyzyjne pchnięcie szpadą.
Często naszym jedynym towarzyszem w tych odludnych terenach był szemrzący gdzieś w dole strumyk, lub dumnie kroczące środkiem drogi owce z dużymi dzwonkami, które wydawały bardzo charakterystyczny dźwięk. Czasami takie pobrzękiwania dało się słyszeć ze wszystkich stron, a owce niewidoczne urzędowały w zaroślach. Sprawiało to wrażenie jakby dźwięk ten wydobywał się spod ziemi.
Powrót do Bergen był równie malowniczy jak cała podróż. Spoglądając przez okienko samolotu którym lecieliśmy do Londynu mogliśmy z zapartym tchem obserwować niesamowitą rzeźbę terenu gdzie góry w mocnym uścisku łączą się z morzem.