W miasteczku Bodo decydujemy się kupić bilety na nocny rejs na wyspę Moskenesoy należącą do archipelagu Lofotów. Wypływamy o 23.55 i parę minut później naszym oczom ukazują się już Lofoty.
Ostre, poszarpane, skaliste turnie wyglądają naprawdę niesamowicie w tej nocnej scenerii. Rejs trwa 3 godziny i gdy dopływamy robi się już zupełnie widno. Chcemy od razu gdzieś ruszać, ale zmęczenie bierze niestety górę i rozbijamy namioty. Budzimy się po paru godzinach i kierujemy się na południe wyspy do wioseczki o najkrótszej w Norwegii (i na całym świecie) nazwie A. Sama wioska składa się z kilkunastu pomalowanych na czerwono chatek rybaków i szeregu drewnianych rusztowań na których suszy się złowione dorsze. W A znajduje się także Muzeum Norweskich Wiosek Rybackich i Norweskie Muzeum Sztokfisza (cokolwiek to oznacza). Po południu decydujemy się podejść do chatki Munkebu – należącej do Norweskiego Towarzystwa Górskiego, aby następnego dnia zaatakować Harmanndalstinda (1029 m npm) – najwyższą górę Lofotów.
Po 2 godzinach marszu w upale zdobywamy "zawrotną" wysokość 450 m i tym samym dochodzimy na miejsce. Tutaj doznajemy szoku. Chatka ta (pozbawiona stałej opieki gospodarza, klucze wypożycza się we wsi na dole) jest wyposażona lepiej niż niejedno nasze schronisko. Na podłodze dywaniki, sofy do siedzenia, łóżka ze świeżą pościelą, zasłonki w oknach, piec oraz gaz do gotowania. Takiego luksusu dawno nie kosztowaliśmy, a to wszystko za 50 NOK na łebka. Gadamy do późna w nocy, obmyślając plan jutrzejszego ataku.
Rankiem przeżywamy niestety kolejny szok – po pięknej słonecznej pogodzie ani śladu. Leje jak z cebra, a mgła ogranicza widoczność do 10 metrów. Przesiadujemy cały dzień w "pałacu" czekając na poprawę pogody, która jednak nie nadchodzi. Na dodatek dostajemy jeszcze SMS-a od kumpli, którzy już zeszli – piszą oni, iż załamanie pogody ma trwać kilka dni. Chyba mają rację następnego dnia pogoda nie poprawia się ani o jotę. Decydujemy się porzucić plany wejścia na Harmanndalstinda i schodzić w dół. Wybieramy inną drogę niż wchodziliśmy i kierujemy się do Reine. To podobno najbardziej malownicze miejsce w całej Norwegii.
Wioseczka ta usadowiła się na połączeniu fiordu Reine z otwartym morzem. Wspomniany fiord otaczają wychodzące prosto z wody skalne pionowe ściany sięgające setek metrów. Niestety stale towarzyszy nam kapryśna pogoda – pada i tylko czasami przez gąszcz chmur przebijają się promienie słoneczne. To też ma swój urok i robimy parę niezłych fotek.