Elbrus zwany Górą Szczęścia lub Władcą Wichrów, jest wygasłym wulkanem, najwyższym szczytem Kaukazu - odwiecznym symbolem całego regionu. Góra leży na terenie Kabardyno - Bałkarii, republiki należącej do Federacji Rosyjskiej. Już w starożytności Elbrus był znany jako najwyższy szczyt w tym paśmie i całym regionie. Pokryty lodową czapą osiąga wysokość 5642 m npm...
Dwuwierzchołkowy wygasły stożek wulkaniczny nie ma sobie równych wysokością i rozmiarem w całym łańcuchu Kaukazu, gór leżących na pograniczu Azji i Europy, na styku wielu kultur, narodów i religii. Do dziś jest kwestią sporną, która góra jest najwyższa w Europie. Najwięksi światowi alpiniści uważają, że to właśnie Elbrus jest najwyższy i dlatego liczony jest on przy zdobywaniu Korony Ziemi. I dlatego swoje kroki skierowaliśmy w góry Kaukazu - aby ostatecznie stanąć na Dachu Europy.
Jeszcze parę lat temu, góry te wydawały się tak odległe i niedostępne - dziś stały się dla nas wielkim i kolejnym wyzwaniem. Spakowaliśmy plecaki, sprzęt, wszystko co potrzebne by zmierzyć się z Tą góra i 9 lipca 2007 wyruszyliśmy ku nowej przygodzie.
Mineralne Wody, tam poczuliśmy że przenieśliśmy się do innego świata, świata, gdzie nikt się nie spieszy, wszyscy mają wszystko tam, gdzie powinni :) Oni mają strasznie dużo czasu, im się nie spieszy, to my musimy na wszystko czekać, wiec udało nam się złapać taksówkarza, który po kilku minutach targowania zgodził się nas zawieźć tam gdzie chcieliśmy i starał się nam pomóc załatwić potrzebne dokumenty np. zameldowanie, nie wiadomo po co ?? W tym celu poszliśmy na pocztę by zapytać gdzie możemy takie zameldowanie uzyskać. Gdy wspomnieliśmy Pani na poczcie o tym, nagle przypomniała sobie, że ma jeszcze jeden jakiś stary formularz i ona nam to załatwi, wypisze nawet i tylko musimy jej za to zapłacić, wyciągnęła kalkulator przeliczała, wyliczała nie wiemy co, ale tak było no i przyszła kolej zapłaty no i dodatku do zapłaty za ładne pismo pani na poczcie:) No ale jest, jesteśmy u niej zameldowani.
Z Mineralnych Wód wynajętą taksówką, z sympatycznym kierowcą udaliśmy się do Nalczyka - stolicy republiki kabardyjsko - bałkarskiej. Po drodze jednak mieliśmy jeszcze jedno ważne zadanie, załatwić pozwolenie do przebywania w strefie przygranicznej, a załatwia się to w stanicy jednostki przygranicznej do której zajechaliśmy, miły pan o kaukaskiej urodzie :) odpowiedział nam, że dzisiaj tego nie załatwimy bo nie ma komendanta, jak chcemy możemy zostawić paszporty i może jutro będzie i nam to załatwi, no ale paszporty zostawiać ? nieeee ! Wrócimy tu jutro.
Dojechaliśmy do pola namiotowego gdzie się rozbiliśmy przy pensjonacie Saklia, właściciel tego miejsca powiedział nam, że on nam wszystko załatwi i będzie to kosztowało, no ale będzie od ręki a że nam czas był na wagę złota wiec się zgodziliśmy po czym okazało się, że u niego jest czas i musimy czekać jeden dzień, a my czasu nie mamy wiec poszliśmy jeszcze raz pieszo do tej stanicy i zostawiliśmy wniosek i paszporty by następnego dnia odebrać przepustkę za darmo. Ech ci Rosjanie, u nich zawsze tyle czasu, na wszystko trzeba cierpliwie czekać... ale udało się i następnego dnia odebraliśmy przepustkę.
Pogoda w górach jak żyleta, piękne lazurowe niebo bezchmurne i żar słońca padający na nasze twarze. I tak podobno jest już od dwóch tygodni. Czyli może już być tylko lepiej. Pierwszy nocleg miał być na 3800 m npm, oj momentalnie odczuliśmy wysokość na której byliśmy. Nie byliśmy w stanie rozbić namiotu nie odpoczywając, każdy krok był męczący niesamowicie. Kolejny dzień - podejście do tzw. Pruta 11 - bazy na wysokości ok. 4200 m npm, a potem jeśli siły pozwolą do Skał Pastuchowi na 4800 m npm. Przez cały dzień pogoda utrzymuje się wspaniała. Dziś mamy do pokonania 300 m różnicy poziomów i bardzo te 300 metrów odczuliśmy, było nam ciężko lecz widoki jakie mieliśmy okazję oglądać przy tak wspaniałej pogodzie były warte tego trudu, cały czas szliśmy szlakiem w górę mając przed sobą nasz cel - wierzchołek Elbrusa.
Kolejny dzień - aklimatyzacyjny. Wejście do Skał Pastuchowa na 4800 m - małej wysepki skalnej na olbrzymim lodowcu Elbrusa. Miejsce to nazwane na cześć rosyjskiego wspinacza, który kilkakrotnie chciał wejść na wierzchołek, lecz dochodził tylko do skałek i dalej już organizm jego nie był w stanie wejść wyżej. My też odczuwamy wpływ wysokości, w końcu jesteśmy prawie na wysokości Mont Blanc. Ale pogoda nas rozpieszcza, przepięknie ciepło można nawet powiedzieć za ciepło. Zdołaliśmy wejść na wysokość 4600 m.
W planie mieliśmy następny dzień odpoczynku fizycznego i psychicznego, by następnej nocy uderzyć i zaatakować wierzchołek. W tym też celu wstając kolejnego dnia zamierzamy zagrzać wodę do termosów na herbatę i co się okazało ? Nasza kuchenka odmówiła posłuszeństwa. Być na wysokości, na której nic nie można kupić, woda jedynie z lodowca zimna okropnie i nie mieć kuchenki sprawnej nie jest dobrym rozwiązaniem, postanowiliśmy użyczyć kuchenkę od sąsiadujących nam Rosjan, byli tak uprzejmi i zagotowali nam wodę, byśmy mogli w nocy wyruszyć.
Pogoda robi nam ogromnego psikusa, popołudniem zaczyna przelotnie padać marznący deszcz, a wieczorem od godziny 18.00 przeistoczył się on w śnieg padający coraz to intensywniej, niebo zasnuło się ciemnymi chmurami, widoczność spadła do zera, zostaliśmy uziemieni. Legły w gruzach nasze plany wejścia na szczyt tej nocy, byliśmy zmuszeni przeczekać całą noc. Co będzie dalej, ciężko było nam zasnąć, systematycznie co kilka godzin odgarnialiśmy śnieg zalegający na jednej ścianie namiotu. Niestety ranek był podobny, kolejka nie działała, podjęliśmy decyzję zjeżdżamy na dół jak tylko będzie to możliwe, nie mamy kuchenki, nie mamy szans bez jedzenia. Gdy tylko przestał padać śnieg i uruchomiono kolejkę, zjechaliśmy na dół i zakwaterowaliśmy się w pensjonacie.
Kolejne dwa dni spędziliśmy na poznawaniu dolin otaczających przepiękne szczyty, gdzie przyroda zapierała nam dech w piersiach... Cudownie !
Dnia 18 lipca dostaliśmy wiadomość o poprawie pogody, przed oczami stanęła nam ostatnia szansa próby zaatakowania szczytu, już bez długiej aklimatyzacji. Padła decyzja, wychodzimy o 13.00 na górę, spakowaliśmy prowiant i wyruszyliśmy, niestety tym razem po tak intensywnej burzy śnieżnej kolejka była uszkodzona i do Beczek podchodziliśmy pieszo, a jednak załapaliśmy się na aklimatyzację :) Dalej już bardzo spokojnie podchodzimy do Pruta mijając miejsce, gdzie wcześniej nocowaliśmy.
Pogoda cały czas nam sprzyja, bezchmurne niebo i przed nami widok na nasz cel. Dochodzimy do Pruta, rozmawiamy z wieloma turystami, którzy też tej nocy chcą wchodzić, poznajemy grupę Polaków i Czechów, kilka godzin spędziliśmy na wymienianiu wrażeń. Zbliżała się 22.00, wszyscy zbierali się już do snu, a my nie planując snu, nie mieliśmy się gdzie podziać. Dostaliśmy informację, że w jednej z ostatnich kwater jest Rosjanin, weteran wojenny i może u niego będzie można przeczekać kilka godzin, zwłaszcza że zrobiło się dość chłodno i mroźno. Rzeczywiście udało nam się przespać kilka godzin w kontenerze weterana za odpowiednią zapłatą, lecz miejsce to nie było godne pamiętania. Można o nim jedynie powiedzieć, że raj dla szczurów.
Zegarek nastawiamy na 2.00. W nocy ciągle mocno wieje, śpimy bardzo niespokojnie ... budzimy się przed wyznaczonym czasem. Sprawdzamy pogodę na zewnątrz - bezchmurnie. Niebo rozgwieżdżone, w dole majaczące chmurki ... niepokojący pozostaje tylko wiatr. Ubieramy się, zakładamy latarki na głowy i powoli wyruszamy w trasę. Piękne niebo gwiaździste, takiego jeszcze nie widzieliśmy wcześniej. Dochodzimy do Skał Pastuchowi, tu dopada nas przeraźliwie mroźny wiatr, który obezwładnia nas trochę i spowalnia nasze wejście.
Pięknie prezentuje się Uszba, Dongus - Orun i prawie całe pasmo Kaukazu, o wschodzie słońca dochodzimy na wysokość około 5 tys. m npm. Mijają nas tłumy ludzi, my coraz bardziej odczuwamy wysokość, z trudem łapiemy oddech, trzy kroki są dla nas męczące ale idziemy dalej, niektórzy rezygnują, zbyt silny wiatr i marznący z podłoża śnieg uderza nam w twarz.
Udało nam się tylko kilka zdjęć zrobić, gdyż przy tak mroźnym powietrzu aparat odmówił posłuszeństwa. No i tak idąc, o 5.00 nad ranem ukazały nam się widoki zapierające dech w piersiach, tak więc nie mieliśmy już czym oddychać :) Zwracając uwagę na to, że i tak ciężko było, widoki nas powaliły - czegoś takiego nigdy wcześniej nie widzieliśmy, wszystkie szczyty są poniżej nas, delikatna mgła, słońce dające poblask odcienia różowego koloru na niebie, coś pięknego, nie do opisania. To trzeba samemu zobaczyć ! Wtedy dopiero poczuliśmy gdzie jesteśmy i po co tu jesteśmy, bo dla takich widoków warto tam sie wspiąć i podziwiać, bo jest co. Dzięki temu zrobiło nam się lepiej, dodało nam to siły na dalszą drogę a pozostało nam jeszcze jakieś 600 m, spokojnie, bardzo powoli doszliśmy do siodła.
Większość ekip rezygnuje z ataku szczytowego - wiatr skutecznie zniechęca do dalszego wspinania. Pomimo dobrego ubioru, czujemy jak nasze ciało z każdą chwilą staje się wielką bryła lodu. Ale cóż ... idziemy dalej. Na przełęczy 5416 m rozdzielającej dwa wierzchołki Elbrusa robimy krótki odpoczynek. Jesteśmy już strasznie przemarznięci, mimo ogrzewającego słońca zmęczenie powoduje silniejsze odczucie zimna, pozostało już nam tak niewiele, widoki są niesamowite, z trudem powoli zbliżamy się do wierzchołka, gdzie widać tylko mnóstwo głów turystów, którzy już napawają się cudownymi widokami ze szczytu. Godzina 10.30 ! Jest ! Udało się !!! Dotarliśmy na szczyt, Europa pod stopami, a na jej szczycie my, podziwiając gdzieś w oddali Morze Czarne, granicę gruzińską i całe pasmo Kaukazu.
No i tak oto nasze marzenie o Elbrusie spełniło się, ale dostaliśmy niezłą lekcję, jesteśmy z tego bardzo dumni. Wróciliśmy do domu z głowami pełnymi wspaniałych widoków, wrażeń nie do zapomnienia i dumy, że nam się udało.