Jako, że mieszkaliśmy kilkanaście km od Alanyi, bywaliśmy w niej dosyć często. Choć jest to jedno z najliczniej obleganych przez turystów miejsc na Riwierze Tureckiej, urokowi tego miasta trudno się oprzeć. Zabytkowe, z ciekawą historią, a przy tym kolorowe, nowoczesne, z bogatą infrastrukturą turystyczną, atrakcyjne w dzień, jak i nocą :)
Od północy Alanya ograniczona jest przez zbocza gór Taurus, na południu wcina się w Morze Śródziemne, także miasto rozrosło się wzdłuż wybrzeża, na odcinku kilkudziesięciu km. Centralnym punktem przyciągającym przybyszów z całego świata jest port, wokół którego skupiają się ciekawe miejsca warte odwiedzenia.
My pierwszy raz zobaczyliśmy Alanyę nocą, z okien samochodu w oczy rzucały się oświetlone knajpy i dyskoteki, które szczerze mówiąc mało co nas interesowały oraz Twierdza (Kale) wkomponowana w zbocze góry. To właśnie od niej kilka dni później rozpoczęliśmy eksplorację tej mekki turystów.
Twierdza Bizantyjska to najciekawszy zabytek Alanyi, a przy tym najznakomitszy obiekt tego typu w całej Anatolii (azjatyckiej części Turcji), wzniesiony w XIII wieku. Obwarowania o długości ponad 6 km pną się malowniczo w górę, na szczycie wzgórza znajduje się sama twierdza, a w pobliżu portu stoi fragment założenia obronnego - Czerwona Wieża (Kizil Kule) o wysokości ponad 30 m.
W pobliżu musiał być również meczet, bo w pewnym momencie usłyszeliśmy tamtejsze "dzwony" czyli charakterystyczne nawoływania wzywające wiernych do odwiedzenia świątyni. Dźwięk ten, często słyszany w Turcji, głęboko zapadł mi w ucho, stanowi integralną część moich wyobrażeń i niewielkiej przecież wiedzy na temat tej wiary.
Przy zwiedzaniu Twierdzy mieliśmy małą przygodę. Wychodzimy z auta, a jako że była to nasza pierwsza wycieczka, byliśmy jeszcze nieobyci w tureckim świecie i jak się okazało naiwni. Podchodzi grupa 4 młodych Turków, coś tam po angielsku umieli i mówią, że nas zaprowadzą do Twierdzy krótszą drogą, są bardzo uprzejmi, wołają nas, więc idziemy za nimi. Wyprowadzają nas w chaszcze i pniemy się prawie pionowo w górę. Idę i myślę, kurde, jacy oni fajni, że im się tak chce łazić z turystami, a za chwilę, a może oni nas chcą tu zabić i okraść, za dużo filmów :). Po chwili jesteśmy na górze, jakieś tyły Twierdzy widać a oni rzucają nam dość wygórowaną cenę za tę przysługę. No i w tym momencie oczy nam się otwierają - poznajemy prawdziwe oblicze Turków :) Po krótkiej kłótni (już miałam lekkiego stracha jak to się skończy) dajemy im parę miejscowych pieniążków i "wyłudzacze" odchodzą. Potem juz nie byliśmy tacy łatwowierni :)
Po drugiej stronie portu rozciąga się wspaniała, piaszczysta plaża nazwana na cześć egipskiej królowej Plażą Kleopatry, a w pobliżu zwiedzić można Jaskinię Damlatas. Trochę byłam nią zawiedziona, co prawda nacieki piękne i okazałe, ale kolejka długa, grota malutka, a do tego w środku jaskini ławeczka, na której wszyscy robili sobie zdjęcia ! Komercja weszła nawet pod ziemię :) U nas się z takim czymś nie spotkałam, ale w końcu to Riwiera Turecka, miejsce żyjące dla turystów i z turystów.