Lipiec 2008. Damian ledwo zaczął 50-tą wiosnę bogatego w górskie przygody życia i przed nadejściem Abrahama zapragnął posmakować obcych wierchów. Sprawdzeni w tatrzańskich włóczęgach bez namysłu przyłączamy się do wyprawy Dymiona. Długoterminowe prognozy pogody nie nastrajają optymistycznie. Europa w deszczu od dwóch tygodni, a poprawy nie widać. Wreszcie Marcin odkrywa 2,5 dnia pewnej pogody bez silnego wiatru. Niestety schroniska na Tete Rouse i Goutier obłożone, cóż jedziemy w ciemno. Robimy niezbędne zakupy, sprawdzamy sprzęt, miłe Połowice pomagają przygotować prowiant i wyprawkę. Passacik zapokowany, ubezpieczenia wykupione, buziak na drogę, wyruszamy przez deszczowe drogi Czech, Austrii i Szwajcarii. Po drodze zmianiamy się z Marcinem za kierownicą, wycieraczki męczą wzrok i usypiają, a Damianek słodko drzemie po wieczornym Pilsnerze. Do Chamonix dojeżdżamy o czasie, bezpiecznie bez przygód łykamy 1.300 km. Sprawdzony podczas poprzednich pobytów Marcina kamping przy wjeździe do miasta zamknięty. Od miejscowych, łamanym angielsko-francuskim dowiadujemy się, że właściciel popadł w dlugi i na razie noclegu tu nie dostaniemy. Jedziemy do informacji turystycznej w centrum poszukać noclegu. Bez większego namysłu bierzemy namiary na kwaterę w samym centrum za 22 Euro od osoby ze śniadaniem. Nieco przemoknięci (nie wzięliśmy parasoli, bo po co?) rozpakowujemy się w przytulnym, czystym choć skromnym trzyosobowym pokoiku na poddaszu. Miły, młody właściciel kasuje z góry za dwie doby, oprowadza nas po kuchni i jadalni, prosi o podanie godziny przygotowania śniadania, podaje kody do drzwi zewnętrznych po czym żegna się serdecznie i więcej go nie widzieliśmy, jakby przepadł, choć wiemy, że był obok, o czym świadczyły ciepłe bagietki i gorąca kawa w termosie. Popołudnie i wieczór spędzamy na zwiedzaniu Chamonix, głównie sklepów ze sprzętem i przytulnych kafejek. Do snu kupujemy butelkę francuskiego wina. Z metalowego kubka wino za 8 Euro smakuje wyjątkowo. Paląc papierosy na małym, drewnianym balkoniku, budujemy plany na najbliższe dni, co chwila wymieniając pozdrowienia z przemiłymi przechodniami, snującymi się po kocich łbach tuż pod nami. O północy zasypiamy jak dzieci, choć z wolna rosną emocje nadchodzących dni. Wstajemy równo, bez budzika. Śniadanko gotowe, serek, dżemik, jajko na twardo, rogaliki i bagietka. Po chwili dołącza do nas dwóch turystów i trzyosobowa rodzina, w prawie pełnym rynsztunku. Dziwne, taki mały pensjonacik, kilka pokoi, a widzimy się pierwszy raz. Wymiana szczerych uśmiechów, powitanie kilka zdań o pogodzie , planach na dziś i jutro. Po kawie pakujemy sprzęt i ruszamy do kolejki na Aigulli du Midi. Niewielu dziś chętnych na wyjazd, widoczności brak i chłodny deszcz nieustająco tnie po twarzy. W kilka chwil jesteśmy na pośredniej stacji, gdzie wita nas śnieżna zawierucha. O 11.00 pijemy kawkę pod szczytem z dużym niepokojem podziwiając zadymkowe harce Pani Natury. Marcin zarządza pierwsze podejście do wyjścia na grań. W tunelu wyjściowym zimno, wietrznie, z białej czeluści wraca dwójka spięta liną, na razie przejście bez szans mówi prowadzący, jak się okazało Polak, przewodnik z Zakopanego od kilku lat mieszkający we Francji. Marcin uspokaja - o 12.00 się przejaśni. Jak powiedział, tak było. Punkt 12 wiatr traci na sile i pojawia się skrawek błękitnego nieba i tablica ze znajomym napisem "wchodzisz na własną odpowiedzialnośc" Spinamy się liną i ruszamy śnieżną, jakoś dziwnie wąską granią w dół , Marcin, Damian przede mną. Z lewa Chamonix 2800 m w dole, z prawa też ekspozycyjka. Marcin przypomina - lecę w prawo, Adam skaczesz w lewo, środkowy czeka na rozwój wypadków, itp. Po dłuższej chwili zchodzimy z grani na pierwsze wypłaszczenie, gdzie robimy przerwę na papierosa i kilka zdjęć coraz mniej chmurnego masywu MB. Dla treningu i choć krótkiej aklimatyzacji robimy mały spacer, po czym wolno ruszamy granią pod szczyt. Po nas zeszło kilka zespołów, więc szlak się utrwalił, przez co podejście było nieco mniej adrenalinowe. Przy wyjściu z tunelu grupa Japończyków robi nam zdjęcia, jak zawsze uśmiechnięci z podziwem kiwają głowami. Ściagamy raki i zrzucamy kurtasy, kremy UV na twarz - lipcowe ostre słońce szybko zmienia zimę w lato. Seria zdjęć z tarasu i do kolejki. W wagoniku , może ośmioletni chłopczyk płacze trzymając się za uszy, podaję rodzicom gumy do rzucia - powinny nieco złagodzić ból , mówię. Dzieciak posłusznie mieli buzią i po chwili przestaje łkać, zawstydzony przyjmuje ciepłe spojrzenia współpasażerów. Mnie też bolały Mały.
Przebieramy się, lekka kąpiel i na obiad. Wtedy zakochałem się w lipcowym Chamonix, w zaułkach i zakątkach, a zwłaszcza w ludziach i atmosferze miejsca. Bez pośpiechu, choć wszyscy aktywni . Bez męczącego gwaru, choć wszyscy opowiadają z przejęciem o dawnych i przyszłych wyprawach, przy kuflu piwa lub lampce wina, a potem nikt się nie chwieje. Miałem wrażenie, że jeżeli chciałbym pobyć sam ze sobą, takbym się poczuł w centrum miasta. Wyczuwałem głęboki szacunekdo prywatności, a z drugiej strony pełną otwartość i gotowość niesienia pomocy. Nigdzie indziej nie czułem się tak dobrze, zwłaszcza gdy pomyślałem o Kropówkach.
Następnego dnia zrywamy się wcześnie. Nie pamiętam godziny, ale z pewnością bladym świtem. Śniadanko czekało na nas i jak zdążyliśmy się przyzwyczaić, przygotowane przez Niewidzialną Rękę. Po chwili dołącza do nas znajoma dwójka wspinaczy. Parzymy herbatę w termosach, zmywamy po śniadaniu, sprzątamy pokoik i ruszamy samochodem w stronę Saint-Gervais-les-Bains z zamiarem złapania pierwszego tramwaju kolejki zębatej. Niestety spóźniamy się parę minut. Czas oczekiwania na drugi kurs wykorzystujemy na sprawdzenie i uporządkowanie sprzętu. Na wszelki wypadek zabieramy namiot, niestety ląduje w moim plecaku. Z nudów zrobiłem kanapki z mieloneczką Turystyczną lub Gulaszem Angielskim. Wreszcie Tramway du Mont Blanc zabiera nas do końcowej stacji Orlego Gniazda Nid d′Aigle 2372 m n.p.m. Bardzo miła przejażdżka z widokami. Niebo bezchmurne. Przy wyjściu na szlak do schroniska Tete Rousse umundurowany pan informuje nas, że w obu schroniskach brak miejsc, a rozbijanie namiotów zakazane. Dziękujemy uprzejmie za informację, skromnie akceptując wypowiedź. Marcin wolno, swoim tempem, ja z Dymionem tatrzańskim kłusem, skalnymi zakosami, po płatach topniejącego wczorajszego śniegu, robiąc zdjęcia licznym kozicom, wspinamy się w górę. Słońce wyjątkowo mocno operuje, szczególnie w duecie z bielą śniegu, mimo filtra UV nabieramy kolorów. Na szlaku duży ruch. Pogody nie było od tygodni, a takich jak my, co czytali pogodę wielu. Dość szybko dochodzimy pola śnieżnego przy Tette Rousse (3167 m.n.p.m). Kolorowo tu, atmosfera pikniku, namiot na namiocie, gwarnie, wesoło wielojęzykowo, kilku ćwiczy zjazdy. Robimy mały odpoczynek na papieroska (wyżej będzie smakował inaczej), zakładamy raki i kolejną warstwę UV. Ostatnie porady Marcina i ruszamy na pierwszy koncercik Rolling Stones (Grande Couloir). Słońce niestety wytapia i drobne, pojedyncze kamyki co pewien czas przemykają po śniegu znacząc swoje ścieżki. Podpinamy się do linki asekuracyjnej rozpiętej między brzegami kuluaru, nasłuchując lecących lodówek sprawnie przechodzimy na druga stronę z lekko podniesionym ciśnieniem. Późnym popołudniem, bez przygód osiągamy Gouter (3.863 m.n.p.m). Widoki zapierają dech, jak to z dachu. W schronisku pełno, bez szans na pryczę, Marcin załatwia podłogę dla trzech. Siadamy na zewnątrz, odpalamy maszynkę do gotowania, papierosek i sesja zdjęć. Błogi nastrój przerywa niepokojący łoskot, bardziej kamienny jęk, trudny do opisania odgłos. Kilka metrów w dół, pod nami , wytopiony opierającym się słońcem blok skalny wielkości stołu zaczyna staczać się na wchodzących. W momencie w kilkanaście gardeł, każdy w swoim języku, staralismy się ostrzec wchodzących. Liczyłem na prędce – sześć, chyba siedem kasków, większość chowa się natychmiast, dwóch „wystawionych” na grani na szybko szuka schronienia. Głaz nabiera prędkości, po kilku sekundach rozpadając się na kilka elementów, rozchodząc na boki, przechodzi w lawinę. Na balkon wylegli wszyscy. Ponad setka patrzy z niepokojem w dół na rozwój wypadków. Nie wiem ile to trwało, kilkanaście sekund czy kilka minut, lawina ucichła kilkaset metrów niżej. Zapadła kamienna cisza. Kolorowe kaski jeden po drugim poczęły wyglądać zza węgłów. Liczę ponownie – osiem, jest dobrze. Po godzinę są w schronisku , wszyscy cali, nikt nie doznał urazu. Słońce powoli zachodzi, kolejna sesja zdjęciowa i przygotowania do snu, o 2.00 wychodzimy. Śpimy , raczej drzemiemy, czuwamy na siedząco przy stołach. W kuchni mała impreza, Rosjanin gra na gitarze, cichy śpiew i śmiechy. Ktoś z boku puścił pawia. Pojedyncze zespoły decydują się na wyjście w górę (szkoda, że nie zabraliśmy się za nimi, i tak nie spaliśmy). Po 1.00 pobudka, musimy opuścić stoły, bo osoby z rezerwacją będą jadły pożywne, wysokokaloryczne śniadanie serwowane w cenie noclegu. Na szybko, w ścisku ubieramy się, jedząc w pośpiechu suszone kabanosy z Lunchmeat’em. Tłok i zamieszanie totalne, jak w wojsku alarm z pełnym ekwipunkiem. Wychodzimy w połowie , szczęśliwie z własnym sprzętem (w zamieszaniu i ciemnościach nie trudno o pomyłkę). Karawana stu może stupiećdziesięciu świetlików rusza w górę. Zero wiatru, księżyc nieśmiało doświetla drogę. W kolumnie nerwowość , wręcz kolejkowe chamstwo z lat komuny, zespoły prześcigają się, depcząc rakami po linach, rzucając wrogie uwagi do przodu i tyłu. Po pewnym czasie część grup nie wytrzymuje tempa ostrego podejścia, blokując szlak. Komercyjne grupy pchają lub ciągną maruderów. I nam się udziela brak snu i chyba wysokość. Nieprzyzwyczajani do przepychania na tatrzańskich wyprawach z wolna tracimy sens naszego celu. Przed Vallotem schodzimy na bok z trasy na naradę. Dymion tryska złością, u mnie nie lepiej, jedynie Marcin ze stoickim spokojem robi zdjęcie łuny zwiastującej początek dnia. Ważymy. Pogoda na tą chwilę idealna. Wyjść? – wyjdziemy, zostało nieco ponad 500 m różnicy. W tym tłoku i przepychankach czasu i sił może zabraknąć na zejście w jednym ciągu do Tete, a po 16 kończy się pogoda. Dymion za powrotem, Marcin za kontynuacją.. Wyprawa Dymiona i jako najstarszy ma decydujący głos, czeka na mnie. Przechylam szalę za powrotem. Zawsze ceniliśmy sobie zgodne decyzje o odpuszczeniu zdobywania szczytów – nie zając , nie uciekną. Słońce już wstało i wreszcie pusto na szlaku, jedynie w górę pnie mrówcza karawana. Nie wiedzieć czemu uśmiechnięci, złączeni lotną zjeżdżamy na tyłkach w dół, robiąc przerwy na sesje zdjęciowe. W schronisku pobojowisko, obsługa śpi. Parzymy kawę, jemy ostatnie konserwy. Schodząc do TR spinamy się asekurując. Zmęczenie daje znać o sobie , nie trudno o błąd czy potknięcie. Szczęśliwie bez lawin i lawinek dochodzimy do schroniska w Tete Rousse, gdzie zaliczamy małe piwko na osłodę . Trochę mniejszy ruch niż wczoraj, są wolne noclegi, nam ruszać w drogę. Z nowymi siłami, niczym koziczki zbiegamy do górnej stacji zębatki. Słońce wysoko, z lodowca schodzi śnieżna rzeka, a z południa zaczyna się chmurzyć. Jak w prognozie o 16.00 zachmurzenie wzrasta chowając MB.
cdn